- Politycy lekceważą wyborców, którzy im zaufali - twierdzi politolog
Wielu radnych, burmistrzów, wójtów chce zostać posłami lub senatorami, choć nie upłynęła połowa kadencji samorządowej. - Tacy politycy porzucają sprawy, którymi się zajmowali. Lekceważą wyborców, którzy im zaufali. To łamanie nie tylko kontraktu politycznego, ale także moralnego - ocenia prof. Marek Bankowicz, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Rok temu aż 36 parlamentarzystów ubiegało się o mandat do Parlamentu Europejskiego. Pięciu senatorów chciało zostać członkami świetnie opłacanej Rady Polityki Pieniężnej. Pięć lat temu posłowie i senatorowie zrezygnowali z mandatów, by stanąć na czele kilku instytucji, m.in. Narodowego Banku Polskiego czy Instytutu Pamięci Narodowej.
Warto pamiętać, że rezygnacja z mandatu obciąża budżet państwa, gdyż w razie wybrania senatorów oraz części radnych konieczne jest przeprowadzenie dodatkowych wyborów, które w jednym okręgu czy mieście mogą kosztować nawet 3 mln zł.Przedyskutuj ten artykuł na forum.0 postów)
Prof. Marek Bankowicz, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, twierdzi, że normą w krajach demokratycznych jest, że samorządowi politycy nie aspirują do innego stanowiska czy funkcji, nim dobiegnie końca ich mandat. - Oczywiście, że ludzie, którzy zasłużyli się w środowisku lokalnym, np. jako świetni prezydenci, burmistrzowie czy radni, ubiegają się potem - po zakończeniu kadencji w strukturach władzy lokalnej - o miejsce w instytucjach ogólnopaństwowych. Wyjątkiem od tego modelu jest Francja, ale tam istnieje długa tradycja łączenia mandatu parlamentarzysty z piastowaniem odpowiedzialnych ról w strukturach władzy lokalnej. Tylko we Francji jest dobrze widziane, by mer (odpowiednik naszego burmistrza lub prezydenta) zasiadał w parlamencie - mówi prof. Bankowicz.
Krakowski politolog przekonuje, że naganne jest porzucanie stanowisk w samorządach i kandydowanie np. do Sejmu.
- Tacy politycy porzucają sprawy, którymi się zajmowali, o ile cokolwiek robili. Co gorsza, lekceważą wyborców, którzy im zaufali przy urnach. W mojej ocenie tego rodzaju zachowanie jest ewidentnym złamaniem nie tylko kontraktu politycznego, ale także moralnego - mówi prof. Marek Bankowicz.
Według krakowskiego politologa należałoby rozważyć, czy ze względu na naganną praktykę nie powinno się sięgnąć po rozwiązania prawne. Polegałyby one na wyłączeniu z możliwości kandydowania do parlamentu tych ludzi, którzy sprawują pewne posady we władzy lokalnej. - Moim zdaniem ordynacja wyborcza powinna pozbawiać takie osoby biernego prawa wyborczego - mówi prof. Bankowicz. - Zdaję sobie sprawę, że takie rozwiązanie miałoby wielu przeciwników, którzy twierdziliby, iż narusza prawa obywatelskie. Ale skoro są pewne zawody, od których wymagana jest apolityczność, to w ten sam sposób myślenia wpisywałoby się rozumowanie, że ludzie wybrani nie powinni przed upływem kadencji zabiegać o mandat w innej instytucji. Nie ma przecież przymusu kandydowania.
Prof. Piotr Winczorek, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego, przypomina, że prawo nie zabrania kandydowania radnym i parlamentarzystom na inne wybieralne urzędy. Nasz rozmówca podkreśla, że wprowadzenie dla takich osób zakazu korzystania z biernego prawa wyborczego byłoby możliwe jedynie po zmianie konstytucji. - Patrząc na to, w jaki sposób wielu polityków traktuje posady radnych, należałoby się poważnie zastanowić, czy nie powinno się zmienić konstytucji - przyznaje prof. Winczorek.
Bez osiągnięć
Prof. Andrzej Zybertowicz, dyrektor Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, zwraca uwagę, że jesteśmy społeczeństwem "na dorobku" i o niskiej kulturze politycznej. - Radnymi, posłami i senatorami zostają często ludzie, którzy nie mogą pochwalić się żadnymi większymi dokonaniami. Zasiadanie w parlamencie, a zwłaszcza w Senacie, powinno wieńczyć karierą zawodową i publiczną. Jest inaczej - mówi prof. Zybertowicz. - Jak życie pokazuje, tego rodzaju ludzie nie traktują wygrania wyborów jako podpisania swoistego kontraktu z wyborcami, zobowiązującego ich do wypełnienia powierzonego mandatu do końca. Szukają za to lepszej posady. Niewielu jest takich polityków i działaczy, którzy mandat zdobyty na drodze wyborczej rozumieją jako rzeczywistą służbę publiczną - dodaje toruński socjolog. Winę za obecny stan rzeczy składa on też na obowiązującą ordynację wyborczą, która - w przeciwieństwie do wyborów w okręgach jednomandatowych - nie wymusza więzi pomiędzy reprezentantami władzy a wyborcami. Osoby wybrane nie rozumieją potrzeb i sposobu myślenia społeczeństwa, a ono nie liczy na to, że poseł czy radny to bliski im człowiek.
Koszty podwójnych wyborów
Około 210 mln zł kosztować będą nas - w sumie - wybory parlamentarne i prezydenckie. Niemal połowę z tej kwoty pochłoną koszty diet dla członków obwodowych komisji wyborczych (każdy członek komisji dostanie 140 zł) - wyjaśnia Janusz Błochocki z Krajowego Biura Wyborczego, odpowiedzialny za sprawy finansowe. Ale może okazać się, że za wybory zapłacimy sporo więcej. Z taką sytuacją będziemy mieć do czynienia, gdy do Sejmu lub Senatu dostaną się prezydenci, burmistrzowie, wójtowie oraz radni wybierani z okręgów liczących mniej niż 20 tys. mieszkańców (w liczniejszych okręgach w miejsce radnego, który zdobywa mandat do parlamentu, wchodzi osoba, która uzyskała w wyborach samorządowych najlepszy wynik, ale nie zapewnił on jej miejsca w radzie).
Koszt wyborów uzupełniających zależy od liczby mieszkańców. Ewentualne wybory na fotel prezydenta Warszawy, gdyby prezydentem RP został Lech Kaczyński, kosztować mogłyby ok. 3 mln zł - szacuje Janusz Błochocki.
Radni, którzy teraz będą walczyć o miejsce w Sejmie lub Senacie, mogą wskazać na przykład, jaki dało im w ubiegłym roku 36 parlamentarzystów, bo aż tylu starało się zamienić posadę na Wiejskiej na fotel w Strasburgu. Między innymi byli to: Olga Krzyżanowska, senator Unii Wolności, Janusz Lewandowski, poseł PO, Paweł Piskorski, poseł PO, Michał Kamiński, poseł PiS, Janusz Wojciechowski, poseł PSL, Marcin Libicki, poseł PiS, Adam Bielan, poseł PiS, Bogdan Klich, poseł PO, Bogdan Pęk, poseł LPR (do Sejmu wszedł z listy PSL), Bogdan Podgórski, senator SLD, Maciej Giertych, poseł LPR, który teraz ubiega się o prezydenturę, Adam Gierek, senator SLD, Jacek Protasiewicz, poseł PO (stoi teraz na czele sztabu wyborczego Donalda Tuska, kandydata PO na prezydenta RP).
Bardzo dużo jest radnych oraz prezydentów miast, burmistrzów i wójtów, którzy chcą zostać wybrani do Sejmu i Senatu we wrześniu tego roku. Są to tak znane osoby, jak m.in.: Bogdan Borusewicz, radny sejmiku pomorskiego, Julia Pitera, radna warszawska, szefowa Transparency International Polska, czy Arkadiusz Rybicki, radny z Pomorza. WŁODZIMIERZ KNAP |